Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.



29.10.2021

Veritas po raz 16. liderem...

Firma Veritas Technologies, producent uznanych rozwiązań backup klasy enterprise,...
21.10.2021

Zarządzanie IT

We wrześniu BTC Sp. z o.o. zaprezentowała premierową wersję systemu eAuditor V8 AI.
21.10.2021

Konferencja VMworld

Imagine That. Pod takim hasłem w dniach 5–7 października 2021 r. odbyła się jedna z...
21.10.2021

Darmowy deszyfrator

Bitdefender wspólnie z organami ścigania opracował i wydał narzędzie, które pozwala...
21.10.2021

Dell C1422H

Dell Technologies wprowadza do oferty przenośny monitor do zwiększenia wydajności pracy w...
21.10.2021

Dysk dla cyfrowych twórców

Western Digital zaprezentowało nowy dysk – WD Blue SN750 NVMe SSD.
21.10.2021

Projektory laserowe

Optoma wprowadza serię projektorów laserowych Ultra Bright ZU1700, ZU1900, ZU2200 z...
21.10.2021

Orzeł wśród routerów

D-Link wprowadza na rynek smart router EAGLE PRO AI AX1500 R15.
21.10.2021

Nowe generacje Ryzen i Epyc

AMD 3D V-Cache. AMD zapowiada procesory Ryzen i Epyc z nowym rozwiązaniem.

Nowość!

Data publikacji: 23-09-2021 Autor: Michał Jaworski

Życie kiedyś było prostsze, panie dzieju. Firmy softwarowe przygotowywały nowe produkty, na wielkich targach były ich uroczyste premiery, o których długo się mówiło. Angażowało się takich Rolling Stonesów, by zagrali „Start me up”. Potem jedno spojrzenie na ekran i wiadomo, kto działa na nowym, a kto na starym.

 

Prosto było, mój drogi, bardzo prosto. Patrzyłeś na wersję i już wiedziałeś – dobre zacznie się od 3.0. Wcześniej to eksperymenty na żywym organizmie, więc się człowiek nie spieszył. Czyli tak, jest premiera, a my na luzie, tylko obserwacja. Potem szybko druga wersja – w niej to, co nie chodziło, to ruszyło, a to, co do tej pory chodziło, to się zmęczyło, bo się często kładło. To do tej drugiej wersji były już upgrade'y i już można było w ten towar wchodzić. A jak już była trzecia wersja, a lepiej trzecia i jeden upgrade, to wtedy wiadomo – produkt wygrzany, dotarty, co miało działać, to działa, bugi pousuwane, brać i instalować.

A jeszcze ciekawiej było z upgrade'ami, co to dzisiaj nazywają się aktualizacjami. Pojawiały się w wersjach bezpłatnych, jak coś mocno nie sztymowało, a te większe, takie z dodatkami, to już w wersjach płatnych. Przychodziły na dziesiątkach dyskietek, potem na kilku CD czy DVD. Trzeba to było zaplanować, rozpakować, przygotować, wgrać. Duża rzecz. A jeszcze można było pokombinować, bo czasem upgrade był za pół ceny i nie trzeba było mieć licencji uprawniającej do podstawki. Lub był „upgrade'em konkurencyjnym”, bo tak akurat sobie wykombinowali mistrzowie marketingu. Udowadniali na slajdach w swoim korpo, że trzeba zabrać rynek konkurencji i już, już wychodził od nich taki cross-upgrade, ten to już za ćwierć ceny. I nikt nie patrzył, że w ten sposób swój produkt udostępniają za darmo, bo mistrzowie walczyli o udział w rynku, a nie o wynik. I biegł wtedy człowiek do dyrekcji, że jest możliwość oszczędności, że teraz warto kupić, bo przecież w końcu połapią się i podniosą ceny. A wgrywać ten upgrade to będziemy później. Albo wcale, bo można z nim legalnie używać poprzedniej wersji, co ją mamy od lat bez licencji. To teraz już będzie z licencją, jakby wpadli o świcie Sami-Wiecie-Kto, to im się pokaże.

No i był jeszcze inny cykl życia produktu. Jak coś się pojawiło na rynku, to firma mówiła: będziemy to obsługiwać przez lat dziesięć, a potem pisz na Berdyczów, koniec, finito, amen. Więc też o budżet można było walczyć, w jednej ręce trzymając informacje o problemie roku 2000, a w drugiej listę oprogramowania z datą ważności do spożycia. A jak się soft zmieniało, to i sprzęt był dokupiony, pachniał taki nowy serwerek nowością – przyjemnie było rozpakować. Komu to przeszkadzało?

Przyszedł internet i już nic nie wysyłano w eleganckich paczkach, a jedynie pojawia się napis „download”. Żadnej przyjemności. No, chyba że coś poważnie się wykrzaczyło po takim downloadzie. I bez różnicy, czy to pełna wersja, czy aktualizacja. Klik i koniec. Jeszcze były zapowiedzi, jeszcze były premiery produktów, konferencje w hotelach, pamiątkowe t-shirty, ale to też się skończyło. Bo jak tu robić miły event, kiedy te aktualizacje zaczęły pojawiać się parę razy w roku albo częściej. Albo codziennie, tak jak sygnatury wirusów. Nawet przycisk „download” gdzieś zniknął, bo się automatycznie wszystko zaciągało, no, chyba że człowiek poblokował czy jakieś skrypty napisał. No i okazało się, że cykle wymiany sprzętu się wydłużyły, bo ten nowy soft na starym sprzęcie też hulał – to z czym iść do zarządu?

Później to już zupełna beznadzieja, bo zaczęli tę całą chmurę robić. A tam to aktualizacji nawet kilka dziennie, samo się robi, nawet śledzić nie warto, chyba że jakiś nasz dawno zgłaszany problem właśnie się rozwiązał. Na własnej infrastrukturze też tylko pozakładaliśmy polityki, kiedy wgrywać, o jakiej porze i zasady wstrzymania lub cofnięcia aktualizacji. Producenci pozmieniali zasady – ten sam produkt, po tych wszystkich upgrade'ach, to już nie jest ten sam produkt. Choć instalowaliśmy raptem półtora roku temu. Więc jak dziś czytam o nowościach w takim czy innym sofcie – to skoro teksty były wydrukowane tydzień temu, a napisane miesiąc wcześniej, to sporo się pewnie zmieniło od tego czasu. A o premierach, konferencjach, hostessach, t-shirtach to można tylko powspominać… Było, minęło, łza się w oku kręci. A jeszcze jedno, kochanieńki, czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie się ta chmura kończy, a gdzie zaczyna? Czy ten serwer, co u mnie stoi i właśnie zaciąga dzisiejszą aktualizację, to już w chmurze czy jeszcze u mnie? A takie urządzenie brzegowe – to jeszcze moje czy już chmura, co? No sam pan powiedz…

 

autor jest członkiem Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Od ponad 27 lat pracuje w polskim oddziale firmy Microsoft.

prenumerata Numer niedostępny Spis treści

.

Transmisje online zapewnia: StreamOnline

All rights reserved © 2019 Presscom / Miesięcznik "IT Professional"